social 1 social 1 social 1 social 1 social 1

charytatywnie

Dlaczego góry?

Wielu ludzi, których spotykam na szlakach górskich postrzega wspinaczkę jako wspaniały sposób na oderwanie się od problemów codziennego życia. Wyprawy są dla nich zwykłą ucieczką. Dla mnie natomiast, obcowanie z naturą i powrót do korzeni, to sposób na życie. Zabieram góry i doświadczenia ze sobą do domu. Każda wyprawa to czas długiej medytacji i okazja do refleksji nad własnymi działaniami i postawami. Życie z dala od gór, w cywilizacji, jest dla mnie tylko ucieczką od mojej górskiej rzeczywistości.

Chodzenie po górach i spokój, jaki z tego emanuje jest po prostu zaraźliwy. Staram się inspirować innych do odkrywania sił natury, gór.

Jestem szczęśliwa, kiedy mogę wspierać tych, którzy myślą tak samo jak ja i mają odwagę poznać siebie.

Kiedy zrodził się pomysł zdobycia Korony Ziemi?

Pomysł zdobycia Korony Ziemi zrodził się gdy wspinałam się w szwajcarskich Alpach w 2004 roku. Czas i kolejność zdobywania szczytów był uzależniony od kosztów poszczególnych wypraw, potrzebnego sprzętu, poziomu trudności oraz wymaganego treningu. Na początku pomysł wydawał się nie do zrealizowania: ostateczny budżet wyprawy opiewał na ponad 150.000 dolarów, czas jej trwania był przewidziany na co najmniej 180 dni. Wszystko to pociągało za sobą 150 godzin lotów w różne egzotyczne miejsca na ziemi i minimum 5 lat treningu, stosowania odpowiedniej diety i utrzymania samodyscypliny. Kiedy podejmowałam wstępną decyzję, nie miałam pieniędzy, nie byłam w odpowiedniej formie fizycznej, szczególnie bałam się zimna (do tej pory zresztą się tego obawiam) a przede wszystkim nigdy wcześniej nie byłam na wysokości powyżej 5500 m (tj. 14.764 stóp). W tym czasie również nie posiadałam żadnego profesjonalnego sprzętu wspinaczkowego, pracowałam na pełen etat w firmie usług finansowych w Rosjii i byłam w trakcie rozwodu.

W 2005 roku zdecydowałam się na pierwszy krok - Kilimandżaro. Po pięciomiesięcznym treningu - pobierałam lekcje fitnessu u prywatnego instruktora, postanowiłam zarezerwować wycieczkę do Tanzanii, by spróbować sił na Rongai route...

Kilimandżaro, Tanzania - Nowy Rok 2005/2006

Wyprawa na Kilimandżaro miała być romantyczną podróżą dla mnie i mojego chłopaka. Po wyprawie chcieliśmy też odpocząć na Zanzibarze i spędzić trochę czasu nurkując. Los chciał inaczej: pojechałam na wyprawę sama. Podróżowałam z ludźmi, których nie znałam, pod przewodnictwem tubylców nie mówiących prawie w ogóle po angielsku. Jednak przygoda bardzo mi się podobała: pokochałam obcowanie z naturą i poznawanie egzotycznej kultury.

Była to wygodna i stosunkowo łatwa wyprawa. Byłam, zresztą, w bardzo dobrej kondycji fizycznej: w zasadzie z Gillman`s Point, gdzie wielu rezygnowało z dalszej wspinaczki, szłam już sama, o wiele szybciej niż inni członkowie wyprawy. Po skończonej eskapadzie czułam się bardzo zmęczona ale szczęśliwa. Cieszyłam się nie tylko z otrzymanego certyfikatu ale także z faktu, iż zdałam sobie sprawę, że nie potrzeba mieć nikogo bliskiego by dobrze się bawić i być szczęśliwą. Na zakończenie przygody cała drużyna zostawiła po sobie wysokie napiwki oraz zbędną odzież. Wszyscy z mojej grupy dotarli na szczyt, nie mniej jednak nie wszyscy mieli ochotę na kolejną wyprawę.

Zostawiłam na szczycie poczucie potrzeby bycia uzależnioną emocjonalnie od innych. Zrozumiałam, że bycie szczęśliwą to taki stan umysłu, za który każdy jest sam odpowiedzialny. Każdy z nas ponosi odpowiedzialność za poczucie własnego bezpieczeństwa, własnej siły i swojego stanu emocjonalnego. Postanowiłam być szczęśliwą osobą z wyboru i nigdy więcej nie być przygnębioną.

Elbrus, Rosja - Czerwiec 2006

Mieszkając w Rosji uważałam, iż warto byłoby skorzystać z okazji i wspiąć się na najwyższy szczyt w Europie, kiedy tylko warunki pogodowe na to pozwolą. Bardzo ciężko pracowałam nad swoją kondycją fizyczną bo wiedziałam, że najtrudniejsza część wyprawy będzie miała miejsce na lodowcu. Nie zdecydowałam się, jednak, na kupno żadnego profesjonalnego sprzętu, gdyż nie chciałam inwestować nie będąc pewna, że będę wchodzić na kolejne góry.

Podróż ta miała być niesamowitą wyprawą ale także uczczeniem napisania i obrony pracy doktorskiej. Podczas wyprawy spotkałam wspaniałych ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt. Był to dla mnie bardzo trudny szczyt i trzeba było nie lada odwagi w ostatni dzień (nie wspominam już faktu, że w dolinie obok Gruzja prowadziła nieustannie zbrojne walki z Rosją).

Podczas podróży zorientowałam się, że pod górę wchodzę dość wolno w porównaniu z innymi ale drogę powrotną pokonuję szybko. Dotarłam na szczyt jako ostatnia, ale z wielkim uśmiechem na ustach. Podczas powrotu ze szczytu eskortowałam brazylijskiego kolegę, który cierpiał na chorobę wysokościową. Sama podróż była bardzo komfortowa jako, że zamiast rozbijać obozy na śniegu, odpoczywaliśmy w bazie z metalowych beczek, które były w stanie pomieścić do 6 osób na raz. Jedliśmy dobre, świeżo przyrządzone jedzenie. Wyprawę zakończyliśmy dzień wcześniej niż planowaliśmy, w wolny dzień jeździliśmy na nartach. Tylko jedna osoba nie dotarła na szczyt. Po całej wyprawie większość członków grupy zatrzymała się w moim moskiewskim mieszkaniu.

Tym razem na szczycie góry zostawiłam własną dumę. Ta wyprawa uświadomiła mi kolejną rzecz: nie ma sensu porównywać swojego postępowania do postępowania innych ludzi, czy to w środowisku górskim, podczas ekstremalnych eskapad, czy też na co dzień. Każdy z nas jest wyjątkowy, pochodzimy ze zbyt różniących się środowisk by dominować czy rywalizować ze sobą...

Aconcagua, Argentyna - Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok 2006/2007

Był to dla mnie test kondycyjny na dużych wysokościach i umiejętności dostosowania się do ekstremalnych warunków. Zdałam go wyśmienicie. Dotarłam na szczyt zmęczona ale tanecznym krokiem. Wiedziałam, że najtrudniejszym odcinkiem tej wyprawy będzie ostatnie 250 wertykalnych metrów, zwanych romantycznie Canaletta.

Na tę wyprawę zainwestowałam w nowy sprzęt - kupiłam wodoodporną, specjalistyczna kurtkę, super kurtkę puchową, najcieplejszy dostępny śpiwór. Przygotowywałam się też psychicznie od samego początku tak dobrze, że nawet nie zauważyłam jak pokonaliśmy Canalettę. Zakończenie wyprawy świętowaliśmy całą noc w pięknej winnicy jako, że cała podróż odbywała się przecież w cudownej krainie argentyńskiego wina. Nasza drużyna raczyła się dwudziestoletnim winem a ja tego wieczora skosztowałam najsmaczniejszej ośmiornicy z grilla, jaką można sobie wyobrazić.

Podczas wyprawy straciłam 4 kilogramy, zapoznałam się z pierwszymi, ekologicznymi toaletami specjalnie przeznaczonymi do użytku na dużych wysokościach. Miałam też okazję obserwować znad chmur bardzo poważną burzę, która nawiedziła ląd poniżej i przetrwałam, wraz z współuczestnikami, burzę piaskową na dużej wysokości. Trudno opisać wszystkie szczegóły wyprawy i doświadczenia jakich doznaliśmy. Byłam świadkiem, jak moja koleżanka (oprócz mnie, druga kobieta wyprawy), z którą dzieliłam namiot borykała się z zaaklimatyzowaniem (pomagałam jej w codziennej toalecie). Innym razem ktoś inny pomógł mi w zasznurowaniu obuwia. Troje z nas (było nas 12 osób) nie dotarło do szczytu.

Tym razem na szczycie zostawiłam chęć działania w pojedynkę. Współuczestnicy nazwali mnie Giggles (od ang. giggle: chichotać). Często wspierałam innych psychicznie, pomagałam w trudnych sytuacjach, żartowałam, kiedy wymagały tego okoliczności i byłam poważna, gdy nakazywały warunki. Zrozumiałam, że zawsze mogę odpocząć i "naładować baterie" we własnym towarzystwie ale tak naprawdę istnieję tylko wtedy, gdy dla jestem z innymi.

Denali/ Mt. McKinley, USA - Czerwiec 2007

Tu miałam zmierzyć się z zimnem oraz poddać testowi swoją siłę fizyczna dźwigając na plecach 30 kg. Był to ciężar stanowiący połowę wagi mojego ciała. Niosłam plecak ciągnąc jednocześnie sanie pod bardzo strome wzniesienia. Na nogach miałam specjalne, ciężkie obuwie i raki (tym razem zakupiłam niezbędny sprzęt). Dla wiekszości z nas było to najpoważniejsze wyzwanie fizyczne jakie mieliśmy do tej pory. Zdarzyło się, że płakałam ze zmęczenia fizycznego i psychicznego: podczas wspinaczki musiałam "miotać się" pomiędzy partnerami przypiętymi do mojej liny gdyż będąc w środku ciągnęli mnie w różne strony.Musiałam stawić też czoła innym przeciwnościom takim, bycie fotografowaną przez japońskich współtowarzyszy podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych.

W najtrudniejszy dzień rozszlochałam się, gdy po 6 godzinach zobaczyłam przed sobą siatkę lin umocowaną przy skale zwanej The Thumb, którą miałam przebyć. To była tak naprawdę samotna podróż: byliśmy spięci linami razem ale oddaleni od siebie przez 17 dni długiego marszu. W dzień zdobycia szczytu zmęczenie i zziębnięcie wzięło górę. Miałam jednak pomoc: ktoś zapinał mi zamki przy ubraniu, inny rozgrzewał dłonie. Dwie osoby z dziewięciu nie dotarły do celu.

Denali było dla mnie pierwszą, prawdziwą ekspedycją, bogatą w głębokie doświadczenia. Na szczycie zostawiłam swe ego. Czułam się upokorzona przez wszechmogącą naturę, obolała z powodu licznych odcisków i ogarnięta strachem wywołanym przez surowe warunki terenowe. Pokonana i rzucona na kolana, nadal podziwiałam otaczające mnie piękno oraz byłam wdzięczna z całej duszy zespołowi za nieocenioną współpracę.

Carstens Pyramid, Indonezja - Czerwiec i Wrzesień 2008

Planowałam wyprawę na marzec ale mój szef poprosił mnie o przesunięcie terminu na czerwiec. Kiedy wyruszyłam okazało się, iż wejście na górę zostało zamknięte z powodów politycznych. Grupa ekspedycyjna, która szła przed nami wybrała nielegalna trasę marszu przez kopalnie miedzi i złota. Uczestnicy zostali przyłapani przez władze. Podróżując po Indonezjii spędziłam osiem dni zastanawiając się dlaczego góra uznała, że ja nie jestem jeszcze gotowa. Zdecydowałam się wziąć więcej, prywatnych lekcji wspinaczki, wykonywałam ćwiczenia oddechowe, medytowałam i zorganizowałam jeszcze raz wyprawę ale już na wrzesień. Miało w niej uczestniczyć 6 osób, w tym dwóch moich przyjaciół. Okazało się jednak, że nasza drużyna nie umiała współpracować. Miejscowy organizator nie powiedział nam prawdy i cała podróż trwała dłużej niż przewidywaliśmy. To była najgorsza wyprawa pod względem organizacyjnym w jakiej brałam udział ale jeśli ktoś zapytałby mnie czy zdecydowałabym się na nią ponownie, moja odpowiedź brzmiałaby: tak. W dzień wejścia na sam szczyt bałam się najbardziej. Czekała mnie wspinaczka po gołej skale, w czym nie jestem zbyt dobra. Wyprawa zakończyła się sukcesem, tym razem dla nas wszystkich.

Bardzo podobała mi się przeprawa przez dżunglę, brodzenie po kolana w błocie oraz poznanie miejscowych plemion. Byłam piętnastą białą osobą, jaką spotkali tubylcy na tym szlaku, więc ciekawość była wzajemna.

Tym razem na szczycie pozostawiłam ciągle towarzyszącą mi chęć załatwiania spraw za innych. Wcześniej uwielbiałam pomagać ludziom w ich prywatnych związkach, problemach związanych ze sprawami rodzinnymi, przeszkodach w pracy. Interweniowałam zawsze tam, gdzie mogłam, czasami nawet nie proszona. Teraz zdecydowałam pozwalać rzeczom się dziać, wydarzeniom biec, niezależnie od ich rezultatu i konsekwencji na przyszłość. W tym jest siła.

Mt. Vinson, Antarktyka - Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok 2008/2009

Przed wyprawą jedyną rzeczą, jaka mnie przerażała było zimno. Wiedziałam, co to znaczy dźwigać 30 kg i ciągnąć za sobą sanie. Zaczęłam trenować przed podróżą nosząc codziennie przez miesiąc 30 litrów wody na plecach do swojego biura w Londynie i z powrotem. Słuchałam również rad swego fizjoterapeuty, by ćwiczyć plecy i ramiona. Zimno nadal pozostawało nie rozwiązanym problemem. Nie wiedziałam, jak mogę się do niego przygotować. Miałam już niezbędny sprzęt więc dokupiłam tylko batony energetyczne i ocieplacze, które wkłada się do rękawic. Tym razem, jednak, miałam doświadczyć innego rodzaju zimna.

Mój zespół został uwięziony przez 36 godzin w burzy śniegowej, gdzie nawet pójście do toalety stanowiło poważne zagrożenie. Niezapomnianym doświadczeniem było czekanie przez 12 dni w południowym Chile po to, by choć zobaczyć górę z pokładu rosyjskiego bombowca, Iliuszyn. Innym doznaniem było napotkanie warunków arktycznych tak surowych, że nie było czuć zapachu, nie było nic słychać, nic nie miało innej barwy niż biel. Pomimo, że byłam dobrze przygotowana psychicznie, nie czułam się dobrze na samym szczycie. Nie mogłam nic jeść, co oznaczało 8,5 godzin spaceru w arktycznych warunkach, czerpiąc energię z własnych zapasów i litra wody. Wszystko stało się jasne, gdy po powrocie okazało się, że mam niedobór żelaza. Nic dziwnego, że nie mogłam się zaaklimatyzować. Swój namiot dzieliłam z zupełnie obcym mi człowiekiem z Australii, który później okazał się prawdziwym przyjacielem.

Jedna osoba nie dotarła na szczyt. W czasie tej podróży nauczyłam się co to znaczy mieć zintegrowana osobowość. Tę podróż nazywam doświadczeniem antykorupcyjnym charakteru, które pokazało mi wagę postanowień, jakie każdy z nas podejmuje. Teraz wiem, co to znaczy wziąć za siebie i swoje decyzje pełną odpowiedzialność.

Mt. Everest, Nepal - Kwiecień 2010

Mt. Everest był bez wątpienia najtrudniejszym szczytem w Koronie Ziemi. Moje przygotowania do tej wyprawy trwały 12 miesięcy.Był to rok pod znakiem codziennych ćwiczeń w siłowni, na basenie, jogi, medytacji i regularnego chodzenia po Londynie w niemal pełnym górskim ekwipunku z cięzkim, wypełnionym butelkami z wodą plecakiem. Przed wyjazdem pożegnałam się z rodziną, przyjaciółmi i współpracownikami, być może na zawsze - każdy, kto wyrusza w Himalaje ma dziesięć procent szans pozostania tam na zawsze.

Wspinaczka na Mt. Everest nauczyła mnie przede wszystkim pokory. Jadąc w Himalaje myślałam, że jestem na nie świetnie przygotowana, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jednak w trakcie siedmiu tygodni spędzonych w tych pięknych i niebezpiecznych górach podupadłam na zdrowiu, walczyłam z nawracającymi infekcjami i właśną słabością, widziałam ciała tych, którym nigdy nie udało sie wejść na szczyt i zobaczyłam, co znaczy uratować kogoś od pewnej śmierci. Mt.Everest nauczył mnie wiele o sobie samej i o różnych obliczach prawdziwego człowieczeństwa.